sobota, 21 maja 2011

Birma czy Myanmar?

W momencie, gdy wylądowaliśmy w Yangon, niegdyś stolicy kraju, musieliśmy przestawić zegarrki o dobre 20 lat. Jeteśmy w kraju najbardziej odizolowanym od świata zachodniego w naszej azjatyckiej podróży. Krajem nieprzerwanie od 1962 roku rządzi junta wojskowa, która stanowi krajową elitę. Wśród zdezelowanych aut, skuterów i autobusów odkupionych z ukraińskiego szrotu można znaleźć rządowe Porshe. Samolot jest jedyną formą transportu ze świata zewnętrznego. Na terenach przygranicznych ciągle toczone są walki separatystycznych mniejszości etnicznych z siłami rządowymi mimo, iż zawieszenie broni podpisano w latach 90-tych.
Wiele budynków popada w ruinę, w tym uniwersytety, które rząd postanowił zamknąć po krwawych manifestacjach z 1988 roku. Aby rozproszyć środowisko opozycyjnie nastawionej młodzieży władza podzieliła uczelnie na kika mniejszych jednostek administracyjnych i przeniosła je daleko poza miasto. Mijamy dom hazryzmatycznej działaczki opozycjnej Aung Sang Suu Kyi pilnie strzeżony przez policję. Aung San to kobieta legenda na arenie politycznej, birmańska Ghandi, o której birmańczycy mówią szeptem Lady. W ostatnich wyborach jej parita – Liga na Rzecz Demokracji uzyskała 82 miejsca w parlamencie, ale wynik nie został uznany przez reżim wojskowy. W 1991 r. została laureatką pokojowej nagrody Nobla, nie ogła jej jednak odebrać, gdyż od wielu lat przebywa w areszcie domowym.


Widok z okna

Faceci w spódnicach


Taxi w wersji Mazda retro


Rozbieżność w nazwie państwa bierze się stąd, że junta wosjkowa w 1989 r. zmieniła wiele nazw geograficznych m.in. przyjęła angielską nazwę Myanmar, zamiast dotychczasowej Birma, przy czym nazwa ta nie została zaakceptowana przez część krajów. Zaakceptowało ją jednak ONZ. Tak więc Myanmar używa się tylko w tekstach oficjalnych na szczeblu międzypaństowwym.

Naszą wycieczkę po Yangon zaczęliśmy od wizyty w wietnamskiej ambasadzie, która przebiegła następująco:
- potrzebujemy wizę do Wietnamu
- dobrze, proszę wypełnić formularz i to będzie trwało ok. tygodnia
- właściwie chcieliśmy się zapytać czy można ją załatwić w 4 h, bo mamy autobus o  5?
- dobrze, to proszę przyjść o 4 ;-)

Wieczorem pojedyncze latarnie ledwo oświetlają ciemne ulice, czsami prądu nie ma, wtedy jedynym źródłem światła są mijane samochody i skutery. Słychać pomruk agregatów prądotwórczych. Udajemy się do pobliskiego marketu, gdzie liczba pracowników kilkakrotnie przerasta liczbę kupujących. Jeden z nich otwiera nam drzwi, drugi podaje nam koszyk, trzeci otwiera lodówkę – klient nasz pan, ma się rozumieć ;)


Krótka rozmowa z hostelowym recepcjonistą ukazuje nam prawdę tego hermetycznie zamknietego świata. To ile złego mozna powiedzieć o rządach junty wojskowej, tyle dobrego o samych Birmańczykach. Są uosobnieniem wszystkiego tego, czego reżim nie jest. To niezwykle ciekawi, uśmiechnięci, zabawni i mili ludzie. Przyciągamy ich uwagę i spojrzenia. Przewrotnie to starsze pokolenie mówi lepiej po angielsku. Pytają skąd jesteśmy i mówią, że Polska to piękny kraj. Jesteśmy zdumieni ich pięknym i prawdziwym uśmiechem, który mowi: cieszymy się na wasz widok, jak każdy gospodaż z wizyty. Być może fakt, że Birma nie należy do turystycznych perełek jak i sama turystyka jeszcze tu kuleje (to za sprawą rządu rzecz jasna) powoduje, że brak tu natręctwa, naganiaczy i płacenia kilkakrotnie wyższych turystycznych sum. A może jest tak, jak powiedział recepcjonista, że ludzie są tu dobrzy, i życzliwi, i że nie ma przestępczości, a oni sami nie ufają tylko ludziom w mundurach, boją się, bo za byle co można trafić do więzienia. Dlatego o obecnym stanie rzeczy nie rozmawia się głośno, bo nigdy nie wiadomo czy ktoś nie słucha, choć w hostelowych ścianach podśmiechują się, że główna stacja autobusowa jest dalej niż lotnisko. Orwellowe powieści są tu rzeczywistością i nie są dobrze widziane na ulicach. Tak czy owak, jeszcze nie znaleźliśmy na naszej drodze tak pozytywnie i bezinteresownie (co najważniejsze) nastawionych do nas ludzi. Oni chyba jeszcze nie wiedzą, że na turystach nieźle da się zarobić. Z resztą, tutaj pieniądze wydaje się trochę inaczej tzn. nawet jeśli przejedziesz się dorożką odcinek, który z łatwością można pokonać pieszo, zapłacisz trochę więcej za pyszny sok z trzciny cukrowej czy kupisz winogrono z kosza noszonego na głowie, gdy nie jesteś głodny, to i tak masz przeczucie, że Twoje dolary mogą w jakimś stopniu podreperować rodzinny budżet (choć koledze, który bez pytania wziął sobie nasze 500 dolców podreperowaliśmy w imieniu wszytskich).  







Teraz trochę o transporcie, który po Indonezji, na nowo zdefiniował mi formułę przewóz osób jak i klasyfikację dróg. Autobusy dalekobieżne są w ogólnym stanie dobrym i przypominają mi te ogórki, które woziły nas na basen za czasów podstawówki, tyle, że tutejsze wyposażone są w air conditioner, ale z reguły brak im amortyzatorów. W miastach rolę autobusów grają tzw. pick up’y, które są mini ciężarówkami, nie ma w nich siedzeń, tylko ławki z dwóch stron i jak przystało na azjatycki kraj każdy coś ze sobą wiezie czyt. wszytsko czym da się handlować. Jak już nie ma miejsca w środku, ludzie stoją na zwnętrzu i trzymają się barierek, jak zabraknie tam miejsca, jest jeszcze mnóstwo na dachu, co osobiście bardzo mi się spodobało.
Jadąc autobusem dalekobieżnym z Yangon do Mandalay nie zostaliśmy poinformowani, gdzie mamy wysiąść (cholera mieli 2 białych w autobusie, jak nie w całej okolicy i zapomnieli..), w każdym razie wysiedliśmy na ostatniej stacji, jakieś 60 km od Mandalay, skąd byliśmy zmuszeni za dodatkową opłata 2 dolarów cofnąć się wspomnianym pick up’em. Podróż nie miała bliżej określonych ram czasowych, toteż zatrzymywaliśmy się co parę kilometrów na wioskach by kogoś albo coś zabrać. Wszędobylski pył podnoszony przez koła osiada na wszytskim. W miarę zapełnienia się pick up’a postanowiłem przenieść się na dach, gdzie zadziwiająco spędziłem jedyne 3 godziny nim dotarliśmy do Mandalay. Nie ujmujac nic pks indonezja, to była niewątpliwie najbardziej jak do tej pory egzotyczna przejażdżka.  
Auta, a raczej te pojazdy, które się poruszają może i rozwinęłyby większą prędkość, gdyby nie stan dróg, dosłownie wszytskich dróg, które są w niezwykle opłakanym stanie. Nie wiem ile jest kategorii dróg w Polsce, ale te zaliczają się do ostatniej, nie utwardzonej o szerokości jednego pasa. Autentycznie na całej mapie drogowej jest tylko jedna droga, gdzie auta, żeby się wyminąć nie muszą zjeżdżać na pobocze. Z reguły kierowcy autobusów stosują zasadę klakson i do przodu!  Przy czym klakson to dźwięk jaki wydaje statek parowy jak wyjeżdża z portu, prawdziwa rewelacja!

60 km w 3 h, a przy okazji wycieczka objazdowa

Jakby tego było mało, w transporcie istnieje jeszcze jeden trudny do pojęcia bubel. Otóż ¾ pojazdów ma kierownice z prawej strony i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ruch też jest prawostronny. Mamy więc a autobusie dwóch kierowców, jeden który trzyma kierownicę a drugi, który patrzy i mówi czy można wyprzedzać – paranoja ;)

Kolejka po paliwo


Towarzysze podróży

Idąc ulicami Birmy nie da się niezauważyć bardzo licznej i charakterystycznej grupy społecznej jaką stanowią mnisi. Generalnie oczekuje się od każdego mężczyzny, by został choć na chwilę w swoim życiu mnichem. Często bywa, że mnichem jest się przez całe życie zaczynając od dzieciństwa. Mnisi nie trdunią się pracą, nie zarabiają, opiekują się licznymi świątyniami Buddy i żyją z darowizn. Istotnie mają się czym opiekować sami ostatnio zwiedziliśmy tyle śwątyń i widzieliśmy tyle posągów Buddy, że niedługo chyba osiągniemy nirvanę ;)

Kaung Hmu Daw Temple, Sagaing




Shwedagon Paya. To, co czyni stupę wyjątkową pośród tego rodzaju sakralnych budowli jest to, że zawiera w sobie włosy z głowy Buddy. Przechowywane są one razem z niezliczoną ilością skarbów: złota i kosztowności wewnątrz stupy.




U Bein's Bridge - znajdujący się w miasteczku Amarapura najdłuższy na świecie most z drzewa tekowego liczący 1,2 km



Na koniec, chcę jeszcze parę słów o birmańskich realiach, które do złudzenia przypominają czasy, gdy w Polsce telewizja mówiła, że stonkę przysłali nam Amerykanie. Otóż, gazety obfitują oczywiście w wiadomości z kraju i świata: o upadłej fabryce w Niemczech, o poczynanich rządu w celu poprawy warunków socjalnych i promowaniu turystyki. Najlepszy był jednak artykuł o jadowitych wężach. Tak więc dla wszytskich, którzy nie wiedzili: węże są jadowite! Niezła dawka humoru z rana ;)


Zachód słońca - Mandalay Hill



pozdrawiam,
Mr Matt Orwell

środa, 18 maja 2011

O słoniach, tygrysach i długich szyjach...

Chiang Mai to kulturowa perełka północnej Tajlandii i miła odskocznia od zatłoczonego Bangkoku. Czas tu leci jakoś wolniej. To miejsce, gdzie można spróbować swoich sił w nauce języka tajskiego, gotowania, sztuce medytacji czy też masażu. Wąskie klimatyczne uliczki obfitują w hostele, kawiarnie i księgarnie z używanymi książkami. Po mieście spacerują mnisi, kierowcy tuk tuków nie naskakują na nas, a wieczorami bary zapełniają się białymi mężczyznami z kryzysem wieku średniego. Młode odstrzelone Tajki sączą drinki przy barze, czekając na okazję. A okazji jest wiele. Dwukrotnie udaje się nam namierzyć lokalnego lady boy’a. Mała czarna, obcasy, zgrabne szczupłe nogi, kształtne piersi, nienaganny make up. Tylko głos nieco za niski. Trzeba przyznać, że niezłe laski z tych facetów ;)

Po 12-godzinnej podróży z Bangkoku o 6 rano docieramy do miasta. Udaje nam się tak wcześnie zakwaterować w hostelu, po czym udajemy się na całodzniową wycieczkę. Zaczynamy od farmy motyli i plantacji orchidei. Kilka sporych rozmiarów motyli zwisa leniwie z drzew, mniejsze latają, dalej kilka rzędów kolorowych kwiatów. W gruncie rzeczy nic specjalnego. Może dlatego, że za chwilę docieramy na skraj dżungli, gdzie czekają na nas słonie :) 




Po chwili wskakujemy parami na ich grzbiety i błotnistym szlakiem ruszamy w głąb lasu. Nasz słoń od początku wykazywał się nie małym ADHD i chciał iść wszędzie tylko nie tam, gdzie prowadziła droga, czym doprowadzał naszego przewodnika do zdenerowania. Także w przeciwieństwie do spokojnej jazdy naszych towarzyszy podróży, nasza przejażdżka przeistoczyła się w bardziej ekstremalną wersję ;) Kłuty co chwilę jakimś ostrym narzędziem i zmuszany do wspinaczki w błocie, wzbudził moje współczucie. Każdy może mieć gorszy dzień. Nic jednak z tego współczucia mi nie zostało, gdy wraz z kolejnym ukłuciem (jak wiadomo – agresja rodzi agresję) nasz kochany słonik nabrał w trąbę błota po czym splunął na nas, Bogu ducha winnych, z impetem! Błotna maseczka, ku uciesze innych, pokryła znaczną część mojego ciała i aparat Mateusza (nie muszę chyba pisać, czym się bardziej przejął!:)). Z dalszej podróży pamiętam tylko, że złużyłam całą paczkę mokrych chusteczek na doprowadzenie się do porządku ;P 






Tu już po umyciu ;)

Winowajca :/


Na szczęście kolejnym punktem naszej wyprawy były skoki z wodospadu, gdzie po słoniowej przygodzie pozostały mi tylko brudne ciuchy :) 




Zabrano nas także na rafting (który dostarczył nam chyba więcej wrażeń niż ten w Nowej Zelandii ;)) oraz na spływ bambusowymi tratwami.




Na koniec dnia udaliśmy się do górskiej wioski zamieszkiwanej przez emigrantów z Chin i Tybetu, którzy na przestrzeni wieków osiedlili się na pograniczu Tajlandii, Laosu i Birmy (tzw. hill tribe village). Ludzie ci wciąż żyją w chatach pokrytych słomą, noszą tradycyjne stroje, uprawiają ziemię i utrzymują się ze sprzedaży wyrobów ręcznych.




Po powrocie do hostelu spotkała nas niemiła niespodzianka. Mateuszowi zginęły dwie koszulki i pasek, a mi... ręcznik :| Spaliśmy w dormitoriach, także oprócz nas w pokoju było jeszcze kilka innych osób. Zrobiliśmy mały wywiad, nikt o niczym nie wiedział. Wartościowe rzeczy trzymamy w zamykanych na klucz szafkach, ale całą resztę... kto by się spodziewał, że ktoś ukradnie ręcznik?  Cóż, widocznie i takie rzeczy się zdarzają. Właściciel hostelu wyraźnie się zaniepokoił, ale nie było niczego, co moglibyśmy zrobić.

Następnego dnia wypożyczamy skuter i na własną rękę eksplorujemy okolice Chiang Mai.


Tiger Kingdom to miejsce , gdzie turyści mogą wejść do klatki, głaskać tygrysy i robić sobie z nimi zdjęcia. Jest to rodzaj zoo, choć samo miejsce nie chce być tak nazywane, wolą nazwę sanktuarium. Hodowanych jest tam 32 tygrysów, od małych, nowonarodzonych, po dorosłe wielkie koty. Oczywiście za nie małą opłatą można sobie jedynie wybrać, czy wejść do klatki z małymi czy z dorosłymi tygrysami. Nie ma co, atrakcja przynosi wielki dochód, bo na brak turystów nie narzekają. Nam osobiście się podobało :) Nie zawsze ma się okazję wejść do klatki z dzikim zwierzem ;)






Następnie trafiamy do tzw. Elephant Camp, w którym miejscowi hodują kilkadziesiąt słoni, ucząc ich przy tym różnych, niesamowitych rzeczy. Każdy słoń ma swojego opiekuna, który się nim zajmuje. Słonie są tak pocieszne, że pobyt na campie przyprawił mnie o zachwyt, szczególnie po poprzednim spotkaniu ;)
W oczekiwaniu na dzienny show, mogliśmy je karmić, następnie byliśmy świadkami jak opiekunowie kąpią słonie w rzece, po czym przeszliśmy na arenę, gdzie te zwierzęta naprawdę nas zaskoczyły pokazem swoich umiejętności. 




Granie na harmonijkach, tańczenie, kręcenie hula-hopem na trąbie, to był dopiero początek. Zabawa zaczęła się jak słonie zaczęły grać w piłkę nożną, trafiając przy tym do bramki, rzucać rzutkami zbijając balony czy najlepsze – malować farbami! Maesa Elephant Camp to jedyne miejsce na świecie, gdzie słonie rzeczywiście potrafią malować realistyczne obrazy (co wpisane jest w księgę rekordów Guinessa). Jakie było nasze zaskoczenie, jak opiekunowie rozstawili sztalugi i słonie zabrały się do dzieła. To co zaczęło ukazywać się na płótnach, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Słonie trzymały pędzel w trąbie i starannie, krok po kroku zaczęły rysować kwiaty. Pięć słoni i pięć różnych obrazów. Coś niesamowiego! :) Miłośnicy sztuki zaraz po występnie mogli zakupić sobie takie arcydzieło :) Nieźle mieć na ścianie obraz namalowany przez... słonia. 






Prawdziwy tajski masaż :)

Galeria słoniowej sztuki


Następnego dnia wybraliśmy się do oddalonego o 200 km od Chiang Mai – Chiang Rai. Jedną z głównych atrakcji rejonu jest tzw. White Temple. Śnieżnobiała, mieniąca się w słońcu, niezwykle bogata, różni się znacznie od innych świątyń buddyjskich. To prawdziwe arcydzieło.



A tu przyświątynna... toaleta :)


Następnie udaliśmy się w miejsce, gdzie rzeka Mekong tworzy granicę pomiędzy trzema krajami – Tajlandią, Birmą i Laosem – tzw. Golden Triangle (złoty trójkąt) - miejsca słynącego niegdyś z produkcji opium, a także do najdalej wysuniętego na północ miejsca Tajlandii – czyli na granicę z Birmą. 





W drodze powrotnej do Chiang Mai zatrzymaliśmy się we wspomnianej też wcześniej wiosce hill tribe, zamieszkiwanej przez plemię uchodźców z Birmy – tzw. long neck (długie szyje). Już kilkuletnim dziewczynkom zakłada się na szyję obręcze z brązu, które z wiekiem zwiększają swoją liczbę wydłużając w ten sposób szyję. Najstarsze kobiety noszą nawet 28 obręczy! Jest to część ich kultury, którą z powodu braku środków do życia w znacznie mniej rozwiniętej turystycznie Birmie, postanowiły wykorzystać przyjeżdżając nielegalnie do Tajlandii. Obręcze są naprawdę ciężke, a przy takiej pogodzie, brąz nagrzewa się i noszenie staje się nieprzyjemne. Kobiety boją się jednak, że jeśli je ściągną, turyści nie będą mieli powodów do przyjazdu. 














Wracając nocnym autobusem z Chiang Mai, zatrzymujemy się 100 km przed Bangkokiem – w mieście Ayuthaya, znanym z ruin świątyń buddyjskich porozstawianych po całym mieście.
Wypożyczamy rowery i przez kilka godzin zwiedzamy okolicę :)





Po powrocie do Bangkoku, zakwaterowaniu w hostelu i otwarciu plecaków, jakie było nasze zaskoczenie, kiedy okazało się, że nasze rzeczy nie są spakowane w sposób, w jaki my je spakowaliśmy. Czytając wcześniej w przewodniku o autobusowych złodziejach na nocnych  trasach, nie mieliśmy pojęcia, że dzieje się to na tak szeroką skalę. Po rozpakowaniu rzeczy wcześniej w Chiang Mai, zanotowałam wypaloną papierosem dziurę w koszulce, ale nie pomyślałam, że mogło to być pamiątką po nocnych przeszukaniach bagażu. Ale teraz, rzeczy w plecaku z samego dna, przemieściły się nagle na wierzch? Szok! Nic na szczęście nie zginęło, wartościowe rzeczy trzymamy przy sobie, a widocznie złodzieje nie gustują w używanych ciuchach. Niesamowite jest jednak to, że bagaże przez cały czas są w luku bagażowym. Złodzieje muszą mieć wypracowany naprawdę dobry system.

Prawdziwa klęska nadeszła, kiedy Mateusz zanotował, że zniknęło mu z portfela 500 dolarów!! Jedynym dniem, kiedy nie braliśmy portfela, był dzień raftingu. Wtedy też z obawy przed zamoczeniem wszystkie rzeczy zostawiliśmy w zamykanej na klucz hostelowej szafce! Nie muszę chyba pisać, jak wyglądał nasz dzień przepełniony wściekłością i rozgoryczeniem. Za 500 dolarów przeżylibyśmy jeszcze jakieś 10 dni w Tajlandii. Najlepsze jest to, że złodziej okazał się nie do końca taki zły. Zabrał dolary, ale zostawił nam lokalną walutę w ekwiwalencie ponad 300 dolarów. Dziękujemy :) Cóż, z bilansem strat i bogaci (bądź bardziej biedni) w nowe doświadczenia, zostawiamy to za nami i ruszamy do następnego kraju.
Kochane pieniążki prześlijcie rodzice! ;)



Więcej zdjęć tutaj

Pozdrawiam,
Ania