sobota, 26 czerwca 2010

Bula! ciąg dalszy :)

Bula!
Tym razem ja, powróciwszy z pracy, zabieram się za opisywanie części drugiej naszej fijijskiej przygody. Nieco ciężko mi pisać, bo Mat trochę poprzeskakiwał, ukradł mi kilka wątków, tak że bazując na zdjęciach będę próbowała to wszystko sklecić :)
Wracając jeszcze do początku. Nasza wycieczka zaplanowana była w następujący sposób: pierwsza noc na wyspie głównej w Nadi w hotelu, 6 nocy na wyspach Yasawa w tamtejszych resortach i ostatnia noc z powrotem w Nadi. Wycieczka była all inclusive czyli wszelkie noclegi, przeprawy między wyspami, posiłki i wycieczki fakultatywne były w pakiecie.
Między wyspami poruszaliśmy się promem, który z Nadi poprzez całe Yasawa Islands kursował codziennie podrzucając turystów do 31 różnych resortów. Ze względu na liczną rafę koralową otaczającą wyspy, prom zatrzymywał się w odległości około 80 metrów od brzegu, po czym turyści przesiadali się łódki, które podpływały do promu i zabierały nas do resortów.
CORAL VIEW RESORT
Pierwszą wyspą, do której dobiliśmy była Tavewa (na samej górze dołączonej powyżej mapki), do której prom dotarł po 4,5 godzinie od Nadi. W resorcie Coral View zostaliśmy przywitani przez grupę tubylców z kwiatami we włosach, śpiewających i grających na gitarach. Wymieniliśmy się głośnymi ‘Bula!’ i zasiedliśmy do lunchu. Ryż, ciemny makaron z warzywami i coś co przypominało kurczaka, a chyba nawet było kurczakiem, nieco już zimne. Zjedliśmy, rozdali nam klucze do naszych domków, zapowiedzieli kolację na 19 i deszcz na następny dzień. Miny nam zrzedły, bo to Fiji – czyli ma być słonecznie i upalnie! Ale zapowiedzieli też, że rano odbędą się dwa tradycyje fijijskie wesela, na które wszyscy jesteśmy zaproszeni i nawet jak będzie padało, to będziemy mieli zajęcie :) Już do wieczora niebo było zasnute chmurami, aczkolwiek temperatura powietrza wynosiła jakieś 28 stopni, a wody 27. I tu nie żartuję. Temperatura wody na Fiji przez cały rok waha się od 26 do 28 stopni! :D Pospacerowaliśmy po wyspie, ponudziliśmy się, chyba nawet zdrzemnęliśmy się, po czym o 19 nadszedł czas kolacji. Powtórka z lunchu – ryż, makaron, kurczak. Heh, no to mamy urozmaiconą dietę ;) Po kolacji mieszkańcy zafundowali nam tradycyjne tańce, śpiewy i zabawy, po czym po kilku piwkach rozeszliśmy się do naszych domków (tzw. bure).
Banany w ogródku ;)
Następny dzień, pobudka o 7, śniadanie, 2 tosty z dżemem i płatki, co Matowi nie bardzo się spodobało, bo ledwo zjadł, już był głodny, a do lunchu 4,5 godziny ;P Dodać trzeba, że na wyspach nie ma żadnych sklepów! Oczywiście według wcześniejszych zapowiedzi od rana padało. Po śniadaniu rozpoczęły się przygotowania do wesela, które miało się zacząć około 11. Ceremonia ślubna trwała nieco ponad godzinę. Dwie pary młode miały na sobie tradycyjne ślubne „wdzianka”, także przy tym nasze białe suknie ślubne i czarne garnitury wydają się nudne i snobistyczne. U nich wygląda to mniej więcej tak:
Ksiądz wczuwał się niesamowicie ;)
Świadek nieco znudzony ;)
Cała ceremonia odbyła się w języku fijijskim, a ksiądz wczuwał się tak bardzo, że doprowadzał się do łez (o czym wcześniej też Mat wspominał).
Lunch o 12 i chyba z okazji wesela nieco urozmaicili nam posiłek, bo zorganizowali bufet i nawet dostąpiliśmy zaszczytu skosztowania tortu weselnego ;)
Ze względu na deszcz resztę dnia przesiedzieliśmy w domku i wyglądało to następująco:
- drzemka poobiednia
- granie na komórce
- drzemka
- pobudka na kawę o 16
- drzemka
- depresja związana z pogodą i brakiem jakiegokolwiek zajęcia
- granie w ‘statki’ (dobrze, że na to wpadłam, bo przy braku komputera, książek, nawet głupich kart do gry, ‘statki’ uratowały nam życie)
- kolacja o 19
- drzemka
- granie w ‘państwa-miasta’ (które po ‘statkach’ również uratowały nam życie)
Naprawdę nie pamiętam, kiedy tak się wynudziłam, a dzień mi się tak dłużył! Szok! Myśleliśmy, że w nocy nie zaśniemy, bo przy takiej ilości drzemek w ciągu dnia mogłoby być ciężko ;P Ale gładko poszło i nareszcie nastała noc…
Dzień kolejny przywitał nas już wspaniałym słońcem i ogromną ulgą, jakiej wszyscy doznali z tego powodu ;) Prawdziwe wakacje czas zacząć!
Rano zabrali nas łódką na wyspę oddaloną o jakieś 40 minut szaleńczej jazdy od naszej do Sawa-I-Lau Caves czyli jaskiń, w których sobie pływaliśmy:)
Wróciliśmy na lunch, poleniwiliśmy się na hamakach i pożegnawszy się z mieszkańcami Coral View, przetransportowano nas łódkami na czekający prom.

KOROVOU RESORT
Po 2,5 godzinie podziwiania niesamowitych widoków z promu, bajecznych wysp i turkusowej wody, nadszedł czas na drugi przystanek – wyspa Naviti, resort Korovou.
Tradycyjnie zostaliśmy przywitani przez tubylców muzyką, śpiewem i okrzykiem ‘Bula!’, zakwaterowaliśmy się i szybko uderzyliśmy na plażę, żeby jak najdłużej cieszyć się słońcem.
Ze względu na rafę koralową i odpływ, nawet łódki nie mogły podpłynąć do brzegu.
Pospacerowaliśmy po plaży, po czym Mat wrócił na hamak uciąć sobie siestę, a ja zafascynowana tamtejszą fauną, zgarnęłam aparat i udałam się na poszukiwania krabów pustelników. Oto efekty:

Wygląda na zwykłą muszelkę...
...a tu proszę, krab pustelnik we własnej osobie ;)



Były one o tyle śmieszne i zarazem fascynujące, że idąc plażą, z odległości kilku kroków widać było poruszającą się muszlę. Kiedy do niej podchodziłam, krabik chował się wystraszony, nakrywając się całą muszlą, po kilkunastu sekundach, wychylał się, a dokładniej swoje oczy, żeby sprawdzić czy sobie poszłam i jeśli mnie zobaczył – znowu w pośpiechu chował się się do muszli. Wyobraźcie sobie jaką miałam zabawę! ;D
Innymi ciekawymi zwierzątkami były innego rodzaju kraby. Miały średnicę od 1 cm do 5 cm, były w kolorze piasku i tak zapierniczały przed nogami, że miałam trudności w nadążeniu za nimi wzrokiem ;)
A to już trzeci i ostatni rodzaj krabów, na jakie się natknęliśmy idąc przez wioskę ;)


Na razie to tyle z ciekawostek przyrodniczych ;D
Pospacerowaliśmy po okolicy, podziwialiśmy piękny zachód słońca i udaliśmy się na kolację.


Jedna z mieszkanek wyspy szukająca muszli podczas odpływu, przy zachodzie słońca:)

Mieszkańcy grający w siatkę :)
Kolacja nas bardzo nas zaskoczyła. Był bufet z różnorodnym jedzeniem, od kurczaka, po wieprzowinę aż do ośmiornic i małż. Rewelacja! A na koniec ciasto czekoladowe! Po kolacji mieszkańcy tradycyjnie zorganizowali nam przedstawienie – pokaz tańca w wykonianiu tzw. bula boys! Ahh te ciała, zobaczcie sami ;D



I tradycyjnie wciągneli nas do zabawy ;)


Następnego dnia, w oczekiwaniu na popołudniowy prom, wylegiwaliśmy się przy basenie, nurkowaliśmy i relaksowaliśmy się leniwie płynącym ‘fiji time’ :)
Po lunchu prom i wspaniałe egzotyczne widoki....


...i następna wyspa - Kuata – KUATA RESORT :)
W poprzednim poście Mateusz opisał wyspę Modriki, na której kręcili film „Cast Away”. (Swoją drogą wczoraj obejrzeliśmy film i nie ma wątpliwości, że to ta sama wyspa;)).
Rzekomo na wyspie Kuata także kręcili fragment tego filmu (4 sec. heh). My natomiast natrafiliśmy na pewien ślad hehe ;)
Na wyspę przypłynęliśmy po południu, załapaliśmy się na popołudniową kawę i ciacho i siedząc z naszymi niemiecko-duńsko-norweskimi znajomymi, postanowiliśmy wspiąć się na pobliską górę jeszcze przed zachodem słońca, do którego było jakieś 2 godziny. Ruszyliśmy wskazanym przez tubylca szlakiem (a raczej wydeptaną ścieżką) i po półgodzinnym przedzieraniu się przez dzicz, naszym oczom ukazał się cudowny krajobraz :)



Poczekaliśmy do zachodu słońca i wróciliśmy do wioski na kolację. Po kolacji bula boys zorganizowali nam kolejny niezły pokaz ich umiejętności tanecznych i nie tylko :) Zabawa przednia;)
Po przedstawieniu wszyscy zostali zaproszeni do jaskini spotkań na wspólne picie kavy z mieszkańcami :)
Kolejnym dniem była niedziela. W niedziele fijijczycy nie robią już kompletnie NIC. Nie organizują żadnych wycieczek, wieczorami nie ma pokazu bula boys. Cały dzień leżą w cieniu palm, plumkają coś na gitarze, a my turyści musimy się jakoś sami sobą zająć. Rano pojechaliśmy z tubylcami na drugą wyspę na mszę, o czym Mat już pisał w poprzednim poście. Po powrocie zgarnęliśmy kajaki, sprzęt do nurkowania i popłynęliśmy na drugą stronę wyspy, na dziką plażę, gdzie zacumowaliśmy nasze kajaki, założyliśmy płetwy na nogi i daliśmy nura pod wodę :)


Dalej dzień upłyną już nam na leżeniu na plaży i graniu w karty z naszymi angielsko-kanadyjskimi znajomymi ;)
Na następny dzień, poniedziałek, zaplanowany mieliśmy snorkelling. Nie wiedzieliśmy tylko, że dostarczy to nam tylu wrażeń. Rano, po śniadaniu, wpakowali nas do dwóch łódek i ruszyliśmy w drogę. Po około 15 minutach szaleńczej jazdy, łódki zwolniły, tubylcy zaczęli wpatrywać się w wodę, krzyczeć coś między sobą po fijijsku i nawoływać coś co za chwilę miało ukazać się naszym oczom. Plusk wody i okrzyk zdumienia nas wszystkich! Tuż obok nas zaczęły wynurzać się delfiny! Ba! Zaczęły skakać, jakby chciały się z nami bawić. Jako nieliczna miałam aparat, także wskoczyłam na dziób łodzi, a tubylec próbował przywołać delfiny. Płynęliśmy powoli aż w końcu delfiny zaczęły podpływać pod łódkę i płynęły tuż przed nami. Płynęły tak blisko, że słyszałąm tylko wrzask tubylca TOUCH IT, TOUCH IT!! :P No to pogłaskałam :D Niesamowite! Całe przedstawienie, jakie zafundowały nam delfiny, trwało około 15 minut :) Rewelacja! Niestety baaardzo trudno było uchwycić moment skoku delfina i kiedy już myślałam, że mam super fotkę, okazywało się, że na zdjęciu jest tylko plusk wody ;) Kilka zdjęć jest, także zobaczcie sami :)







Ruszyliśmy w dalszą drogę. W końcu celem wyprawy nie były delfiny, a nurkowanie i to nie byle jakie, bo z rekinami :) Zastanawialiśmy się wszyscy jak będą wyglądały rekiny określane mianem ‘friendly sharks’ ;) Zacumowaliśmy łodzie z daleka od jakichkolwiek wysp, nałożyliśmy sprzęt i wskoczyliśmy do wody. Chwilę popływaliśmy wśród kolorowych rybek, tubylcy w tym czasie nęcili rekiny jakąś martwą rybką ;) W końcu zawołali nas w miejsce, w którym rafa tworzyła dosyć duży uskok i naszym oczom ukazały się rekiny:) Może rekiny to za dużo powiedziane, bo dorosłe to one chyba jeszcze nie były;) Bardziej długie na około 1,2 metra rekinki, ale mimo wszystko wiało od nich grozą i filmem „Szczęki” ;) Ciekawe doświadczenie, popływaliśmy z nimi około pół godziny, po czym wróciliśmy na naszą wyspę, aby zdążyć na prom, na naszą już ostatnią wyspę.





BOUNTY ISLAND
Wyspa Bounty była najmniejszą wyspą, na jakiej nocowaliśmy. Żeby obejść ją dookoła, potrzebowaliśmy 20 minut :) Oczywiście są jeszcze wyspy znacznie mniejsze. Niestety zostaliśmy odseparowani od naszych znajomych, którzy ostatnią noc spędzili na imprezowej wyspie położonej 10 minut od naszej, a nam przypadła wyspa dla par ;) Rzekomo bardziej romantyczna. Tradycyjnie zostaliśmy powitani przez mieszkańców, zakwaterowaliśmy się, przespacerowaliśmy się dookoła wyspy przy pięknym zachodzie słońca, zjedliśmy przepyszną kolację na plaży i poszliśmy spać, żeby rano wstać na wschód słońca :)
Na ostatni dzień naszej przygody na Yasawa Islands zaplanowane mieliśmy całodniowe żeglowanie pomiędzy sąsiednimi wyspami archipelagu Mamanuca (tuż przy Yasawa). Po śniadaniu przetransportowali nas łódką na prom, gdzie spotkaliśmy się z naszymi towarzyszami podróży i dalej do wyspy Mana, gdzie przesiedliśmy się na jacht żaglowy Seaspray.
Pierwszym naszym przystankiem była wspominana już przez Mata wyspa Modriki, a co z nią związane – miejsce kręcenie filmu „Cast Away” :) Spędziliśmy tam około godziny nurkując na absolutnie pięknej rafie koralowej :) wspaniałe, różnokolorowe rybki, często całe ławice :) rewelacja! :)
Wyspa Modriki - miejsce kręcenia "Cast Away"





Następnie dobiliśmy do wyspy zamieszkanej tylko i wyłącznie przez tubylców. Ubogo wyglądająca wioska, mnóstwo dzieci, psy ukrywające się przed słońcem, kilka straganów z ręcznie robionymi pamiątkami do sprzedania, szkoła i świetlica, w której dostąpiliśmy zaszczytu wzięcia udziału w ceremonii picia kavy. Ciekawe doświadczenie. Kiedy później podeszłam do trójki dzieci, żeby zrobić im zdjęcia, ich matka zaczęła krzyczeć coś w ich języku i momentalnie dzieci zaczęły pozować do zdjęć, wygłupiać się, śmiać. To było takie dziwne, bo odchodząc czułam się tak, jakbym powinnam dać im za to pieniądze. No ale tak to już oni są chyba nastawieni na turystów. Pomachali mi i odeszłam.
Szef wioski ;) przed nim tradycyjna fijijska misa do sporządzania kavy.
Co to 'high five" to chyba wszystkie dzieci tam rozumieją ;)



Prawie jak widokówka :)

W drodze łódką na jacht minęliśmy grupę fruwających rybek ;)
A chłopakam pozwolili skakać z jachtu :)
Załoga jachtu :)
I tak zakończył się nasz ostatni dzień na wyspach Yasawa. Z jachtu przesiedliśmy się na prom, którym dopłynęliśmy do Nadi. W porcie pożegnaliśmy się z naszymi poznanymi na wyprawie nowymi znajomymi i każdy wsiadł w inny autobus do swoich hoteli.
W południe na drugi dzień pojechaliśmy na lotnisko i po 4,5-godzinnym locie znaleźliśmy się z powrotem w zimowym Sydney...

czwartek, 24 czerwca 2010

Fiji, czyli życie na wyspie.


Bula!
Tym tradycyjnym przywitaniem zacznę opowieść o tym jak przez 7 dni staliśmy się sąsiadami rdzennych mieszkańców wysp Yasawa, pływaliśmy z rekin(k)ami, delfinami, podziwialiśmy rafę koralową, uczestniczyliśmy w ceremonii ślubnej, byliśmy na mszy świętej, leżeliśmy na hamaku o wschodzie i zachodzie słońca, jedliśmy świeże banany, ananasy, dalo, casava i kokoda, piliśmy Fiji Gold, a o zmroku przy ‘Kavie’ i dźwiękach gitary śpiewaliśmy razem z Yasawans. Fidżyjczycy określani mianem najbardziej przyjaznych na świecie istotnie nie maja większych powodów do zmartwień, więc nie dziwi mnie fakt, że uśmiech nie znika im z twarzy (na widok turystów) a śpiew i muzyka towarzyszy im w codziennym życiu. Zapraszam więc w podróż na wyspy Fidżi a zaczniemy ją od wysłuchania piosneki powitalnej „Bula”.

Nie obędzie się jednak bez notki geograficznej.
Państwo położone jest na 322 wyspach i wysepkach pochodzenia wulkanicznego, otoczonych rafami koralowymi. Spośród nich zamieszkanych jest około 110. Dwie największe wyspy to Viti Levu i Vanua Levu. Viti Levu stanowi połowę powierzchni Fidżi, na niej położona jest stolica państwa, Suva. Fidżi leży w południowo-zachodniej części Oceanu Spokojnego. Od północy graniczy z Wallis i Futuną oraz Tuvalu, od zachodu z Vanuatu i Nową Kaledonią, od południa z Nową Zelandią, a od wschodu z Tonga. Wyspy wchodzące w skład kraju są pozostałością zatopionego kontynentu. Na diorytowym i granitowym cokole wznoszą się wygasłe wulkany (najwyższy ze szczytów osiąga wysokość 1322 m n.p.m). Obszar kraju jest bardzo aktywny sejsmicznie. Wyspy pozostają pod wpływem klimatu równikowego oceanicznego. 
 
Klimat Pacyfiku to odskocznia od wszystkiego, co się wiąże z cywilizacją, dosłownie koniec świata, gdzie można całymi dniami leżeć pod palmami na wyspie gdzie nie dotarły zdobycze techniki, w miejsca gdzie nie ma telewizorni, komputer jest bezużyteczny, bo i tak nie ma Internetu, prąd jest przez 5 h dziennie i nie koniecznie jest ciepła woda. Choć to nie do końca mój klimat, zaczynam to rozumieć. Rytm życia dyktuje przyroda no i pora w których były podawane posiłki ;-)



Pół godzinna podróż z Nadi Airport do hotelu Westin to przejażdżka przez 2 światy. Nadi downtown to ciągle żywa historia sprzed kilku lat. Bardziej kojarzy mi sie z jakimś miastem niekoniecznie bogatym w Azji gdzieś pomiędzy Indiami Nepalem a Bangladeszem niż kurortem na Pacyfiku. Mijamy domy z betonu, ruiny, blaszaki i wjeżdżamy do świata gdzie trawniki są równo przystrzyżone, drzewa rosną w jednakowych odstępach, wille są otoczone wysokimi murami przy nich jachty a nade wszystko dobrze znane nazwy hoteli.
Szukamy fidżyjskiej restauracji, w menu znajduję wcześniej wyczytaną nazwa Kokoda, czyli taki ich tradycyjny seafood. Przemiła pani kelnerka-supervisor (średni wiek w gastronomi to ok. 40 lat) bardzo dbała o nasz stolik i chyba ze 100 razy zapytała czy nam wszystko smakuje i czy my ‘enjoy’ i czy chcemy jeszcze piwa. Całe szczęście stoliki zaczęły się zapełniać a my odetchnęliśmy z ulgą. Co więcej, jak już wspomniałem Fidzyczycy są bardzo muzykalni więc jak gdyby nigdy nic usiedli na ziemi, obok naszych stolików i zaczęli grać robiąc sobie przerwy na wypicie „Kavy”. Zapytani czy mamy ochotę dołączyć do rytuału, usiedliśmy w kręgu z nimi i skosztowaliśmy tego, czym oni się poją. 
 Fiji Gold
muzyka, śpiew i kava
bez smaku i drętwieje język, ale jak pije wódkę to też nie narzekam


No więc, Kava jest popularna na wszystkich wyspach Oceanu Spokojnego i wbrew pozorom nie ma nic wspólnego ze zwykłą kawą. Właściwie jest jej przeciwieństwem, ma bowiem efekt usypiająco-rozluźniający. Kave robi się z suszonego korzenia lokalnej odmiany pieprzu. Korzeń ściera się na proszek, zawija w szmatkę i rozrabia z letnią wodą. Wywar przyrządza się w dużej misce, z której całe towarzystwo pije do spółki. Roztwór nie ma żadnego zapachu, kolor blado-mętno-szary, smak nijaki. Spróbowałem trochę, to zdrętwiał mi język ;P

Kolejny przystanek to już wyspy Yasawa. Yasawas Islands to archipelag 20 wysp pochodzenia wulkanicznego. Około 90 km długie i rozpościerające się właściwie w linii prostej, niektóre z nich osiągają nawet poziom sześciuset metrów n.p.m. I to zdjęcia z tych miejsc znajdziecie w katalogach biur podróży.



Nieskazitelnie czysta woda, krzywe palmy i plaże tylko dla Ciebie. Wyspy na których nocowaliśmy czy mijaliśmy były tak przeróżne, że zapierały dech: jedne można było obejść w ciągu 7 min i były prze- urocze, niczym malowane, drugie zaś w ogóle nie zamieszkałe ze względu na ukształtowanie terenu. 

 raj?

Bardzo dziwne było to, że z Anią właściwie nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę jak nasza podróż będzie wyglądała. Tzn. nie wiedzieliśmy o tym, że na wyspach będziemy mieszkać razem z mieszkańcami, pić z nimi Kave, śpiewać, uczestniczyć w ceremonii ślubnej, cała ta asymilacja z nimi była bardzo pozytywnym zaskoczeniem. A tym samym osoby, które poznaliśmy z różnych krajów świata (Niemcy, Dania, Norwegia, Anglia, Kanada, Stany) przesympatyczni, przeróżni, każdy z inną historia, ktoś w podróży, ktoś właśnie wraca do domu, skończył studia, jedzie do pracy, jest na wakacjach i każdy niesie ze soba swoja historie, każdy jest Odysem co wraca do swej Itaki. Po paru dniach skazani na siebie staliśmy się nowymi znajomymi nie tylko na facebooku.
PS. Paweł (Skóra) jeśli to czytasz to chce Ci powiedzieć, że znalazłem Twojego sobowtóra, ba nawet charakter macie nieziemsko podobny, ja byłem w szoku;-)



 towarzysze podróży



W niedzielę (łatwo można się tam pogubić, który to dzień tygodnia) mieliśmy możliwość uczestnictwa we mszy św. w okolicznej wsi (a zarazem sąsiedniej wyspie). Mówi się, że mieszkańcy Fiji bez łódki są jak cowboy bez konia i święta racja bez łódki ani rusz. Msza święta to w połowie całkiem niezły pokaz wokalny Yasawan z iście afro- czuprynami, czyli taka muzyka gospel, w drugiej (jeszcze mniej zrozumiałej) pokaz sztuki retoryki księdza. Ksiądz to istny orator potrafi wymówić donośnym głosem szereg kilkudziesięciu zdać bez oddechu poczym szepnąć i wzruszyć (siebie) jakby chciał zapłakać. Generalnie było bardzo miło, podziękowaliśmy sobie wzajemnie za przybycie i wróciliśmy każdy do swojej wyspy zająć się sobą, gdyż mieszkańcy Fiji w niedzielę nie robią już kompletnie nic. 












 nie można ich nazwać "ciężko-pracujący"
 
Zdecydowaliśmy z Ania, że wyprawę na Fiji opiszemy mniej więcej po połowie. Mając na uwadze fakt, że Ani bardzo spodobał się świat zwierząt zostawiam ten rozdział nietknięty mając nadzieję, że podzieli się z wami spostrzeżeniami i ciekawostkami. Ja jeszcze ukradnę jej jeden przystanek, z którym wiążę się dobrze chyba wam znany film, gdzie Robinsona Cruzoe grał Tom Hanks, czyli Cast Away. Wieczorem z Ania jesteśmy umówieni na seans, gdyż byliśmy na planie ów filmu tzn. na wyspie, która o dziwo nie nazywa się Castaway tylko Modriki, tytułowa wyspa jest nieco wcześniej. Więc trzeba nam skonfrontować film z rzeczywistością.


Wyspa Modriki, czyli tytułowe "Cast away"





Vinaka!
Matt

piątek, 28 maja 2010

Canberra & Mt Kosciuszko

W poniedziałek w ramach relaksu i celem uniknięcia codziennej monotonii, postanowiliśmy z Matem i naszym kolegą Darkiem odwiedzić Canberrę - stolicę Australii. Wszystko zaplanowaliśmy jakieś 3 tygodnie wcześniej i po załatwieniu sobie 3 dni wolnego w pracy, wypożyczyliśmy samochód i z samego rana udaliśmy się w podróż.

Canberra położona jest niecałe 300 km na południowy zachód od Sydney. Jest miastem planowanym na stolicę ze względu na spór między Sydney a Melbourne o to, które z miast ma być stolicą kraju. Została zbudowana w latach 1913-1927. W 1927 roku dokonano oficjalnego przeniesienia siedziby australijskiego rządu z Melbourne do Canberry, która stała się oficjalnie stolicą Australii.



Generalnie, w oczach ludzi, którzy odwiedzili miasto, Canberra uchodzi za dosyć nudną i mało ciekawą porównując do Sydney czy innych większych miast. Nam natomiast miasto się podobało :) Małe, spokojne, ale urokliwe :) Ogólnie rzecz biorąc w mieście znajdują się liczne muzea, galerie sztuk itp. Także jeśli ktoś chciałby to wszystko zobaczyć, to bez wątpienia należy poświęcić na to kilka dni.

Głównym organizatorem wycieczki był Mateusz, który zaplanował nam dłuższą, lecz bardziej urozmaiconą trasę, która miała prowadzić wzdłuż Pacyfiku. Cóż, prowadziła... ale może przez 5 km... przez resztę 300 km podziwialiśmy lasy z jednej i drugiej strony ;)



W końcu około 13 dotarliśmy do hostelu położonego w centrum, skąd (aby zdążyć przed zmrokiem) ruszyliśmy zwiedzić Parlament. Dla przypomnienia dodam, że do Australii wielkimi krokami zbliża się zima, także zmrok zapada jakoś po 17 :/
Tak więc nim zrobiło się ciemno zdążyliśmy zobaczyć stary budynek Parlamentu, nową i dosyć nowoczesną siedzibę Parlamentu, pozwiedzaliśmy nieco wewnątrz.

Stary budynek Parlamentu

Nowa siedziba Parlamentu

Senat

Za starą siedzibą Parlamentu zszokowała nas Aboriginal Tent Embassy, czyli w dosłownym tłumaczeniu "namiotowa ambasada Aborygenów". Jest to zbiorowisko mieszkających w parku w namiotach Aborygenów, dopominających się o swoje polityczne prawa. Dookoła palą się ogniska i porozwieszane są transparenty. Mimo oficjalnej nazwy, Australijski rząd nie uważa tego za Ambasadę.


Po powrocie do hostelu, udaliśmy się pozwiedzać okoliczne knajpki i kasyno, a reszta wieczoru upłynęła chłopakom na graniu w hostelowego bilarda ;)

Canberra jesienią :)

Następnego dnia, wstaliśmy wcześnie, aby ruszyć w dalszą drogę czyli kolejny cel naszej wyprawy - Kościuszko National Park z Górą Kościuszki na czele :)

Góra Kościuszki, to najwyższy szczyt w Australii (2228 m n.p.m.). Została zdobyta 15 lutego 1840 roku przez polskiego podróżnika i odkrywcę Pawła Strzeleckiego i nazwana przez niego dla uczczenia pamięci gen. Tadeusza Kościuszki.
Nadana przez Strzeleckiego nazwa przyjęła wkrótce angielską formę "Mount Kosciusko". Dopiero w 1997 toku podjęto próbę przywrócenia oryginalnej polskiej pisowni. Jednak proponowany przez nią zapis "Mount Kościuszko" nie przyjął się, gdyż Australijczycy nie są przyzwyczajeni do używania jakichkolwiek polskich znaków, nie ma ich też na klawiaturach komputerowych.
Ostatecznie przyjęto kompromisowe rozwiązanie, z zapisem zbliżonym do polskiej pisowni – "Mount Kosciuszko". Trzeba też jednocześnie wspomnieć, że australijska wymowa nazwy odbiega znacznie od jej wymowy w języku polskim – w przybliżeniu brzmi "kozyjosko".
Spośród wszystkich szczytów Korony Ziemi, Góra Kościuszki jest najłatwiejsza do zdobycia.

(informacje zaczerpnięte z wikipedii)
Z Canberry do Kosciuszko National Park jest około 230 km. Pogoda od rana była jakaś niepewna, a wjeżdżając w coraz wyższe partie gór, zaczynało padać i była coraz większa mgła. W końcu dotarliśmy do wioski Thredbo, która jest malutkim kurortem narciarskim oraz bazą wypadową na Górę Kościuszki.


Po wyjściu z samochodu szybko okazało się, że warunki na wspinaczkę po górach nie należą do najlepszych, padało, wioska była opustoszała, a góry osnute gęstą mgłą. Po posileniu się w tamtejszym barze, udaliśmy się pod wyciąg krzesełkowy, który miał nas przetransportować w wyższe partie gór, skąd już wiódł szlak na szczyt. Jednak gdy o 13:30 dotarliśmy pod wyciąg, pani przy kasie powiedziała, że ostatni zjazd wyciągiem z góry jest o 16, bo później robi się już ciemno i nawet jeśli się zdecydujemy zdobyć szczyt dzisiaj, to nie ma szans żebyśmy zdążyli zjechać. Jedyna opcja, to zejście z góry po ciemku, co nie było raczej dobrym pomysłem, biorąc pod uwagę fakt, że wyciągiem jechało się 15 minut w jedną stronę. Ale my, prawdziwi turyści, zdecydowaliśmy wjechać i na górze zdecydować co robimy dalej. Na wyciągu nieco nas przewiało i przemoczyło, a na górze okazało się, że mgła jest tak gęsta, że widoczność ograniczała się do 20 metrów ;) Nieco już zrezygnowani popatrzyliśmy na tablicę informującą - Mt Kociuszko - 13 km, 4 h drogi w dwie strony.


Mając na uwadze, że do 16 zostały nam 2 godziny, postanowiliśmy... podjąć wyzwanie! Być pod najwyższym szczytem Australii i nie móc go zdobyć - co to, to nie! :) Szybkim marszem ruszyliśmy w drogę. Wiało, padało i było jakieś 8°C, ale jak to kolega Darek stwierdził - nie ma złej pogody, jest tylko złe ubranie! Ubrani na cebulkę, w kurtkach przeciwdeszczowych (które swoją drogą i tak przemokły;P) i kapturach na głowach pędziliśmy ile sił na szczyt, a wydolność naszych płuc została wystawiona na wielką próbę ;)
Nie mam pojęcia jakim cudem, ale po godzinie czasu zdobyliśmy Górę Kościuszki!! :D
Góra Kościuszki zdobyta - czli ja w gęstej mgle ;)


Satysfakcja niesamowita! Kilka fotek, mgła jak mleko, więc widoków raczej nie podziwialiśmy i zaczęliśmy niemalże zbiegać z góry, żeby zdążyć na 16 na wyciąg. Jak to się mówi - Polak potrafi - o 15:57 dotarliśmy do wyciągu! :D I kiedy znaleźliśmy się już na dole, wyciąg się zatrzymał :)
Nieco zmoknięci pojechaliśmy do hostelu, gdzie wcześniej zarezerwowaliśmy nocleg, przebraliśmy się i zdecydowaliśmy się, że nie ma sensu zostawać tu na noc przy takiej pogodzie. Pani na recepcji zgodziła się zwrócić pieniądze i zmęczeni, ale szczęśliwi ruszyliśmy w drogę powrotną do Canberry. Zatrzymaliśmy się w tym samym hostelu co poprzedniej nocy i kolejny wieczór upłynął na dyskusjach o życiu i bilardzie... ;)
Na trzeci dzień postanowiliśmy dokończyć zwiedzanie stolicy i mając na uwadze, że samochód musimy oddać o 17, za długo nie pospaliśmy. W ciągu 4 godzin zwiedziliśmy Bibliotekę Narodową, Galerię Narodową oraz Sąd Najwyższy, w którym wpuszczono nas na rozprawę, na której ze względu na szacunek dla Wysokiego Sądu musieliśmy zostać minimum 10 minut ;) Fajne doświadczenie :) W przewodniku wyczytałam też, że warto odwiedzić Narodowe Centrum Nauki, które (co oczywiście nie wiedzieliśmy) okazało się super miejscem, ale dla dzieci ;) także wśród bandy rozwrzeszczanych dzieciaków, i skoro już zapłaciliśmy wstęp, ja - możliwe że ze względu na geograficzne wykształcenie - starałam się zagłębiać w tajemnice powstawania tsunami i doświadczyć trzęsienia ziemi na własnej skórze, podczas gdy chłopaków jakoś bardziej ciągnęło do wyjścia ;) Fajnie było! ;) Ostatnim miejscem, które zwiedziliśmy był War Memorial, miejsce uczczenia pamięci poległych Australijczyków w wojnach, w których uczestniczyli (generalnie I i II Wojna Światowa). Miejsce niewątpliwe warte zobaczenia, z interesującym muzeum.


War Memorial - widok z drugiej strony jeziora

War Memorial od środka

Lista poległych podczas II Wojny Światowej australijskich żołnierzy

Widok na Parlament
W południe wyjechaliśmy z Canberry i praktycznie całą drogę do Sydney przebyliśmy w deszczu, aby o 17 odstawić auto do wypożyczalni :)


Uczestnicy wyprawy ;)